414 episodes
„Jak nas zalewa emocja w pracy lub domu, to ćwiczymy izometrię”. Prof. Rafał Ohme o samotności biologicznej i spalaniu kortyzolu | „Soft power” odc. 1
01/10/2026 | 57 mins.„Największym problemem nie będą nowotwory czy choroby serca, a samotność. Nie psychologiczna, a biologiczna” – mówi prof. Rafał Ohme, psycholog, który zakochał się w emocjach, potem w neuronauce, a w końcu w technologii, w premierowym odcinku podcastu „Soft power”z Sylwią Sitkowską i Magdaleną Kuszewską. To rozmowa o tym, co co jest najważniejsze w życiu i że biologia jest przed psychologią.
Droga prof. Ohme do świata nauki nie była jednak prostą historią akademickiego awansu. Przez trzy dekady mieszkał w Lublinie i, jak mówi, bardzo długo nie chciał się z tym miastem rozstawać. Lublin był dla niego czymś więcej niż miejscem zamieszkania – dawał poczucie wolności i przekonanie, że można być tym, kim się chce. Do Warszawy przeniosła go dopiero proza życia, choć początkowo próbował znaleźć rozwiązanie pośrednie.
Najpierw biologia, potem psychologia
Jednym z najbardziej przewrotnych wątków tej rozmowy jest spojrzenie na emocje od strony biologii. W potocznym myśleniu często zakładamy, że kiedy pojawia się konflikt, napięcie czy stres, najpierw trzeba „porozmawiać ze sobą”, przeanalizować sytuację i spróbować zmienić sposób myślenia. Prof. Ohme proponuje odwrócenie kolejności.
„Wiecie, co jest najważniejsze w życiu? Biologia” – mówi. Jego zdaniem psychologia zaczyna działać skuteczniej wtedy, kiedy wcześniej zajmiemy się tym, co dzieje się w organizmie. Podczas konfliktu możemy próbować przyjąć perspektywę drugiej osoby i uspokoić emocje, ale jeśli ciało nadal znajduje się w stanie silnego pobudzenia, trudno oczekiwać od mózgu chłodnej analizy. Dlatego najpierw trzeba „uciszyć bombę tykającą w tobie”, czyli obniżyć fizjologiczne pobudzenie związane m.in. z kortyzolem.
I tu pojawia się coś zaskakująco prostego: ruch. Zdaniem psychologa organizm można regulować poprzez procesy chemiczne, elektryczne i mechaniczne – właśnie tym zajmuje się neuronauka stosowana. Kiedy emocje zalewają nas w pracy albo w domu, pomocne mogą być nawet ćwiczenia izometryczne, czyli takie, w których napinamy mięśnie bez zmiany ich długości. Chodzi o to, żeby najpierw rozbroić fizjologiczne napięcie, a dopiero potem próbować prowadzić ze sobą bardziej skomplikowany dialog.
Samotność zaczyna się w ciele
W rozmowie pojawia się także temat, który w epoce cyfrowej nabiera szczególnego znaczenia: samotność. Nie chodzi wyłącznie o poczucie osamotnienia, brak partnera czy wrażenie, że nie mamy z kim porozmawiać. Prof. Ohme mówi o samotności biologicznej – sytuacji, w której człowiek jest coraz mniej otoczony realnymi ludźmi i coraz częściej zastępuje bezpośredni kontakt komunikacją za pośrednictwem ekranów.
„Największym problemem w erze cyfrowej nie będą nowotwory czy choroby serca, a samotność” – mówi, podkreślając znaczenie fizycznej obecności drugiego człowieka. Przez tysiące lat żyliśmy wśród innych ludzi. Kontakt wzrokowy, dotyk, bliskość i odczytywanie sygnałów z twarzy drugiej osoby były częścią naszego codziennego funkcjonowania. Dziś możemy mieć setki kontaktów w telefonie i jednocześnie bardzo mało prawdziwej bliskości.
Mechanizm, o którym mówi psycholog, jest przy tym bardzo konkretny. Patrzenie sobie w oczy, przytulanie i fizyczna obecność drugiej osoby mogą sprzyjać wydzielaniu oksytocyny, która uczestniczy w regulacji reakcji stresowej. Dlatego – jak podkreśla prof. Ohme – przytulenie człowieka czy nawet psa lub kota jest czymś innym niż obejmowanie drzewa. Potrzebujemy poczuć ciepło, ciężar ciała i bicie serca. Nasz organizm nie żyje przecież w internecie.
Soft power, czyli siła bez napinania
Właśnie wokół takich historii powstaje nowy cykl podcastów „Soft power”. Sylwia Sitkowska, psycholożka, i Magdalena Kuszewska, dziennikarka, rozmawiają w nim z twórcami, artystami oraz osobami ze świata sztuki i biznesu o wyjątkowych talentach, sposobach myślenia i kompetencjach, które nie zawsze widać na pierwszy rzut oka. To rozmowy o tym, co daje ludziom sprawczość, jak rozwijają swoje możliwości i skąd bierze się ich siła.„Rodzynkę możemy jeść na wiele sposobów”. Dr Iza Jąderek ma sposób dla par, które już nie patrzą sobie w oczy | „Ukryte piękno”. odc. 33
29/09/2026 | 1h 1 mins.„Każdy z nas potrzebuje być zauważonym” – mówi dr Iza Jąderek, psycholożka i autorka książki „Bliżej siebie”. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Ukryte piękno” przygląda się temu, co dzieje się z bliskością, kiedy codzienność przejmuje stery. Mówi o pożądaniu, które nie pojawia się w próżni, o uważności, granicach i o tym, dlaczego czasem drogą do lepszego seksu może być… rodzynka.
Codzienność ma swoją zdradliwą właściwość: im lepiej coś znamy, tym mniej to zauważamy. Droga do pracy, kubek kawy wypijany rano, dotyk partnera, znajomy zapach jego skóry, pocałunek na powitanie – rzeczy, które kiedyś przyciągały uwagę, po pewnym czasie stają się elementem tła. Nie dlatego, że przestały być ważne. Po prostu mózg nauczył się je pomijać.
Zanim pojawi się seks
Dr Iza Jąderek zwraca uwagę, że funkcjonowanie na autopilocie jest naturalną częścią naszego życia i ma swoje praktyczne uzasadnienie. Nie możemy przecież każdego dnia przeżywać wszystkiego z intensywnością pierwszego doświadczenia. Problem zaczyna się wtedy, gdy autopilot obejmuje również obszary, które potrzebują naszej obecności. „Nasz świat jest tak skonstruowany, że działamy na autopilocie i to też jest nam potrzebne” – mówi psycholożka. Jak dodaje, warto jednak czasem zatrzymać się i zobaczyć, co naprawdę dzieje się w naszym doświadczeniu.
Bo właśnie tam może być przyjemność, radość, spokój czy ekscytacja, ale także złość, smutek, napięcie i inne nieprzyjemne emocje. Uważność nie polega więc na tym, żeby za wszelką cenę czuć się dobrze. Chodzi raczej o skierowanie uwagi na siebie, bez natychmiastowej oceny. „Warto skupić się na wszystkich [tych doświadczeniach] i puścić snop światła na siebie” – tłumaczy dr Jąderek.
To podejście dotyczy również seksualności. Zamiast traktować seks jako osobny punkt programu, który trzeba „zrobić”, można zacząć dostrzegać, że seksualność jest częścią nas. I że zaczyna się znacznie wcześniej niż w sypialni.
Co wspólnego z seksem ma rodzynka?
Na pierwszy rzut oka niewiele. A jednak właśnie rodzynka może być dobrym ćwiczeniem z odzyskiwania kontaktu z własnymi zmysłami. Magdalena Kuszewska pyta dr Jąderek, co jedzenie rodzynki ma wspólnego z seksem. Odpowiedź prowadzi w stronę pozornie banalnych czynności, które możemy przeżywać zupełnie inaczej, jeśli przestaniemy wykonywać je automatycznie.
„Chodzi o to, żeby spojrzeć na zwykłe, codzienne czynności jako źródło zmysłowej przyjemności. Rodzynkę możemy jeść na wiele sposobów” – mówi psycholożka.
Nie chodzi więc o samą rodzynkę, lecz o zmianę sposobu doświadczania. O zauważenie smaku, faktury, zapachu, temperatury, tego, co dzieje się w ciele. Taka perspektywa może przenieść się również na bliskość z drugą osobą. Dotyk przestaje być jedynie środkiem prowadzącym do określonego celu, a zaczyna być doświadczeniem samym w sobie.
W seksualności podobna uważność może oznaczać powrót do ciekawości. Zamiast zakładać, że po kilku czy kilkunastu latach wiemy już o partnerze wszystko, można spróbować spojrzeć na niego inaczej. Dr Jąderek proponuje wręcz, by „traktować seks z osobą, z którą jesteśmy w związku, jakby to miał być pierwszy raz”. Nie jako udawanie nieznajomości, ale jako odzyskanie zainteresowania drugim człowiekiem.
Kiedy przestajemy na siebie patrzeć
Początek związku często jest czasem intensywnej obserwacji. Patrzymy na siebie, szukamy kontaktu wzrokowego, chcemy być blisko, wychwytujemy drobne gesty. Z czasem wspólne życie przynosi rachunki, obowiązki, dzieci, pracę, zakupy i listy rzeczy do zrobienia. Romantyczne spojrzenie łatwo przegrywa z pytaniem: „Kto odbierze paczkę?”.
A przecież potrzeba bycia zauważonym nie znika wraz z upływem lat. Dr Jąderek zwraca uwagę, że smutnym elementem wielu długoletnich relacji jest utrata właśnie tego rodzaju kontaktu. „To smutne, że pary po latach nie patrzą już sobie w oczy i nie całują się. Na początku wpatrujemy się w siebie non stop, a potem ten wzrok zaczyna uciekać na boki: tylko »zrób to, zrób tamto«” – mówi.„Czterdziestolatki dziś wyglądają młodziej niż kiedyś dwudziestolatki”. 5 zasad stylu Joli Czai | „Słowo do słowa”, odc. 12
22/09/2026 | 53 mins.„Dojrzałość nie oznacza, że mamy się ubierać jak nasze matki” - mówi stylistka, Jola Czaja w podcaście „Słowo do słowa", Joanny Brodzik. Czy kobieta po czterdziestce powinna jeszcze zastanawiać się, czy „wypada” jej założyć krótką spódnicę, mocny kolor albo sukienkę odsłaniającą ramiona? A może największą zmianą, jaka przychodzi z wiekiem, jest właśnie możliwość przestania przejmowania się takimi pytaniami? Sponsorem odcinka jest Promensil Forte – suplement diety dla kobiet, które również w czasie menopauzy chcą żyć w zgodzie ze swoją naturą.
Moda bardzo długo była jednym z narzędzi, za pomocą których społeczeństwo przypominało kobietom, gdzie jest ich miejsce. Wiek miał być widoczny. A wraz z nim – odpowiedni fason, długość spódnicy, fryzura, makijaż i cały zestaw rzeczy, które miały komunikować: jestem już „poważną kobietą”. W rozmowie z Joanną Brodzik Jola Czaja wraca do obrazu kobiet, który pamięta z własnego dzieciństwa. Jak mówi, „byłyśmy dojrzałe i stare z młodu”, a kobiety po pięćdziesiątce często miały charakterystyczne akcesoria podkreślające ich status i wiek. Fryzury były natapirowane, stroje bardziej zachowawcze lub przeciwnie – przesadne, bo wiele kobiet próbowało poprzez wygląd pokazać swój dorobek i pozycję.
Ten obraz zmienił się niemal nie do poznania. Czterdziestolatki i pięćdziesięciolatki noszą sneakersy, jeansy, krótkie sukienki, skórzane kurtki, mocną biżuterię. Farbują włosy albo zostawiają siwe. Eksperymentują z trendami i coraz częściej nie pytają już, czy dany fason jest „dla ich wieku”. Paradoks polega na tym, że wraz z większą wolnością pojawiła się nowa presja: skoro możemy wyglądać młodziej, powinnyśmy to robić.
„My nie chcemy wyglądać młodziej. My wyglądamy”
To jedno z ciekawszych przesunięć, jakie dokonały się w ostatnich dekadach. Kobieta po 40. nie musi już wizualnie deklarować swojego wieku, ale jednocześnie dostaje mnóstwo komunikatów, że najlepiej, jeśli będzie wyglądała tak, jakby wieku nie miała. W reklamach, mediach społecznościowych i świecie mody młodość wciąż bywa traktowana jak synonim atrakcyjności.
Jola Czaja odwraca jednak tę perspektywę. „My nie chcemy, my wyglądamy” – mówi, zwracając uwagę na fakt, że współczesne kobiety po prostu funkcjonują inaczej niż poprzednie pokolenia. Mają inne ubrania, fryzury, kosmetyki, dostęp do informacji i znacznie większą świadomość tego, jak chcą się prezentować. Jak dodaje, kiedyś wiele rzeczy po prostu „nie wypadało”. Dziś granice są znacznie dalej.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy „dbanie o siebie” przestaje być wyborem, a staje się kolejnym obowiązkiem. Wtedy krem, fryzjer, ruch, dieta, ubrania czy makijaż nie służą już temu, żeby dobrze się ze sobą czuć, ale mają przede wszystkim zatrzymać czas. I nagle nawet atrakcyjność zaczyna przypominać zadanie do odhaczenia.
Zamiast „wysmukla i odmładza” – po prostu: dobrze mi w tym
Wystarczy przejrzeć opisy ubrań kierowanych do dojrzałych kobiet, żeby zobaczyć, jak mocno wciąż funkcjonuje język ukrywania. Fason ma wysmuklać. Materiał ma maskować. Dekolt ma odwracać uwagę. Rękaw ma zasłaniać ramiona. Spodnie powinny „wydłużać nogi”, a sukienka – najlepiej „odejmować lat”.
Tyle że ciało nie jest projektem do naprawienia. Zmienia się. I szczególnie po czterdziestce wiele kobiet zaczyna doświadczać tego bardzo konkretnie. Zmieniają się proporcje sylwetki, skóra, sposób odkładania tkanki tłuszczowej, komfort termiczny, a w okresie menopauzy także samopoczucie i relacja z własnym ciałem. To nie oznacza, że trzeba zacząć ubierać się „stosownie do wieku”. Oznacza raczej, że warto nauczyć się swojego ciała na nowo.
Jola Czaja proponuje zmianę języka, ale też zmianę wewnętrznego nastawienia. „Przez lata nauczono nas być krytyczną wobec własnego ciała i wymagać od niego więcej, niż na danym etapie życia potrzebuje” – mówi.
Sponsorem odcinka jest Promensil Forte – suplement diety dla kobiet, które również w czasie menopauzy chcą żyć w zgodzie ze swoją naturą.„Najgorsze, co możesz zrobić, to uciekać przed lękiem”. Sebastian Karpiel-Bułecka o wychodzeniu z trudnych emocji | „Kultura i inne przyjemności”
16/09/2026 | 45 mins.„Lęk potrafi być naprawdę przytłaczający” – mówi Sebastian Karpiel-Bułecka w rozmowie z Zofią Fabjanowską, szefową działu Kultura „Zwierciadła”. Lider Zakopower opowiada o tym, czego nauczyli go ojciec i dziadek, o niezwykłym pożegnaniu z tatą, emocjonalnym koszcie koncertów, stanach lękowych i o tym, dlaczego dziś łatwiej jest mu oswoić własne słabości.
Dla muzyka scena może być źródłem ogromnej energii. Jest publiczność, światła, rytm, wspólne granie i szczególny rodzaj porozumienia, którego nie da się do końca przełożyć na język. Karpiel-Bułecka opisuje je wręcz jako „język duchowy” – coś, co powstaje pomiędzy członkami zespołu podczas koncertu.
Problem zaczynał się po zejściu ze sceny.
Przez lata emocjonalny kontrast między koncertowym pobudzeniem a zwyczajnością po występie potrafił być dla niego bardzo trudny. Ten „skok dopaminowy” po koncercie, jak sam go określa, zostawiał pustkę, szczególnie kiedy nie miał jeszcze rodziny. Po intensywnym doświadczeniu nagle nie było do czego wracać. Artysta przyznaje, że było to trudne doświadczenie bliskie momentami depresji.
Dziś ten mechanizm wygląda inaczej. Żona, dzieci, dom i codzienność sprawiły, że po zejściu ze sceny istnieje coś więcej niż tylko cisza. „Od kiedy mam żonę, dzieci, tych skoków emocjonalnych nie czuję” – mówi. Rodzina stała się więc nie tylko przestrzenią prywatności, ale też swoistą przeciwwagą dla życia opartego na ciągłej intensywności.
Kiedy wchodzi lęk
Jednym z ważniejszych tematów rozmowy jest lęk. Karpiel-Bułecka zdecydował się mówić o swoich stanach lękowych publicznie, choć mógłby przecież pozostawić je w sferze prywatnej. Powód był prosty: skoro sam doświadczył trudności, chciał, żeby jego historia mogła pomóc komuś, kto właśnie przeżywa coś podobnego.
Wciąż funkcjonujemy w rzeczywistości, w której problemy psychiczne bywają traktowane inaczej niż choroby ciała. O osobie cierpiącej z powodu lęku czy depresji łatwo powiedzieć, że „przesadza”, „wymyśla” albo powinna po prostu wziąć się w garść. Muzyk sprzeciwia się takiemu myśleniu. „Nerwica lękowa czy depresja to takie same choroby jak na przykład grypa” – podkreśla. Jego zdaniem takie podejście może być ważne zarówno dla osoby, która mierzy się z problemem, jak i dla jej najbliższych.
Bo lęk potrafi być absurdalny, a jednocześnie całkowicie realny w odczuciu osoby, która go doświadcza. Muzyk wspomina sytuacje, w których bał się wyjść na scenę, ponieważ był przekonany, że upadnie i umrze. Z zewnątrz trudno znaleźć w takim scenariuszu logikę. Dla człowieka znajdującego się w środku ataku lęku ta irracjonalność nie sprawia jednak, że strach staje się mniej dotkliwy.
Odzyskiwanie wpływu
Czy można powiedzieć, że Karpiel-Bułecka ma już ten etap za sobą? Odpowiedź jest daleka od efektownej historii o całkowitym zwycięstwie nad własnymi słabościami. „Nie” – przyznaje. Różnica polega na czymś innym: dziś potrafi wcześniej rozpoznać sygnały ostrzegawcze i odpowiednio zareagować.
Zamiast czekać, aż lęk urośnie do rozmiarów, z którymi trudno sobie poradzić, stara się wyciszyć, nie brać wszystkiego tak bardzo do siebie i działać profilaktycznie. To podejście jest mniej spektakularne niż opowieść o pokonaniu własnych demonów, ale właśnie dlatego brzmi wiarygodnie. Nie chodzi o to, żeby już nigdy się nie bać. Chodzi o to, by wiedzieć, co zrobić, kiedy strach znowu się pojawi.
Karpiel-Bułecka mówi zresztą bardzo stanowczo o tym, czego – jego zdaniem – nie należy robić. Zamknięcie się w domu, pozostanie na kanapie i unikanie sytuacji wywołujących lęk może dawać chwilową ulgę, ale w dłuższej perspektywie tylko wzmacnia problem. „Najgorsze, co możesz zrobić, to ucieczka przed lękiem” – przekonuje. W jego doświadczeniu skuteczniejsza okazuje się droga małych kroków: wychodzenie naprzeciw temu, czego się boimy, nawet jeśli wymaga to sporego wysiłku.
Nie jest to recepta na życie bez lęku. Raczej sposób na odzyskiwanie wpływu na własne życie.Piotr Polak: „Najbardziej wzrusza mnie kino o młodych ludziach, którzy próbują wyrwać się z jakiegoś konwenansu” | „Filmy mojego życia”, odc. 1
15/09/2026 | 1h 2 mins.Widzowie znają go przede wszystkim jako Michała Holca z serialu „The Office PL”, jednak mało kto wie, że aktor jest prawdziwym kinomanem i wytrwanym znawcą popkultury, dla którego oglądanie filmów i chodzenie do kina jest w zasadzie chlebem powszednim. W nowym podcaście „Zwierciadła” aktor z rozbrajającą szczerością i poczuciem humoru opowiedział nam o filmach i serialach, które miały największy wpływ na jego życie: pierwszych seansach kinowych, hitach swojego dzieciństwa i dorastania oraz współczesnych wyborach, a nawet guilty pleasures.
Rozmowę zaczynamy bardzo sentymentalnie – od pierwszych seansów, jakie Piotr Polak pamięta ze swojego rodzinnego domu. Jak sam wspomina, były to głównie filmy z telewizyjnego cyklu „W starym kinie” oraz przegrywane na kasety VHS przez jego tatę. „Mieliśmy ich ze 200. Po dwa tytuły na każdej, a czasem nawet trzy” – dodaje aktor i przyznaje, że była to jego pierwsza styczność z kinem takich mistrzów jak Francis Ford Coppola czy Robert Altman. „Oglądaliśmy dużo filmów z lat 60. i 70., ale wychowałem się tak naprawdę na kiczowatym kinie lat. 80. Było w nim coś naprawdę wyjątkowego”.
„Gwiezdne wojny” w Kinie Tatry
Kino Tatry w Nowym Targu – to tu Piotr Polak obejrzał swój pierwszy film na dużym ekranie. Była produkcja z jego ukochanego filmowego cyklu, a mianowicie „Gwiezdne wojny: część VI – Powrót Jedi” z 1983 r. Z racji na swój bardzo młody wiek, z wizyty w kinie najbardziej zapamiętał jednak nie to, co działo się na ekranie, a moment tuż przed wejściem na salę kinową, o czym opowiedział nam z typowym dla siebie poczuciem humoru.
„Oszalałem na punkcie Spielberga. »E.T.« sprawił, że zapragnąłem zostać aktorem”
Piotr Polak, jak sam przyznaje, oglądał w dzieciństwie mnóstwo filmów. Jeden z nich zrobił jednak na nim tak piorunujące wrażenie. „Strasznie się go bałem, ale oszalałem na jego punkcie” – dodaje. Mowa oczywiście o kultowej przygodówce familijnej „E.T.” z 1982 r., która sprawiła, że zapragnął, tak jak wcielający się w główną rolę Henry Thomas, zostać aktorem. Gwiazda „The Office PL” dodaje jednak, że tak naprawdę najbardziej zainspirował go materiał zza kulis powstania filmu pokazywany przez amerykańskie HBO.
„Jak to zobaczyłem, zwariowałem totalnie. Pomyślałem sobie, że to najlepsza praca, a właściwie nie praca, a największa przyjemność na świecie”.
„Brat pokazywał mi filmy w nocy”
Wiele filmów, jakie Piotr Polak oglądał w młodości, pokazał mu jego starszy brat. „Budził mnie w środku nocy i mówił: »Chodź na dół, bo musisz to obejrzeć«. Wśród nich były m.in. takie tytuły jak ikoniczny „Blade Runner” w reżyserii Ridleya Scotta czy muzyczny „Pink Floyd: The Wall” (oba z 1982 r.). Wrażenie na aktorze zrobiły również inne produkcje pokazywane wówczas w telewizyjnej ramówce, takie jak „Noce Cabirii” Federico Felliniego z 1957 r. czy „Ghandi” z 1982 r. z Benem Kingsleyem w roli głównej.
„Wtedy też odkryłem, że nie mam problemu z filmami na przykład klasy G i zrozumiałem, że takie produkcje też nie są złe. Na jednym z nich świetnie się bawiłem”.
Piotr Polak o filmach które go bawią i wzruszają
Chociaż kreacja Piotra Polaka w komediowym „The Office PL” bawi widzów do łez, sam aktor przyznaje, że nie jest wielkim fanem tego gatunku. Owszem, uwielbia odcinki „Przyjaciół” i „Latający cyrk Monthy Pythona”, jednak z trudem przychodzi mu wymienienie konkretnych tytułów, które doprowadzają go do wybuchów śmiechu.
„Lubię wyłapywać śmieszne rzeczy w filmach, które nie są komediami”.
Jakie filmy powodują u niego natomiast wzruszenie? Tu już aktor odpowiada już bez wahania, wskazując pewien brytyjsko-francuski dramat z 2000 r.
„Filmy mojego życia” to nowy podcast „Zwierciadła”, w którym postacie ze świata kultury opowiadają o filmach, które miały największy wpływ na ich życie – od pierwszych seansów kinowych, przez kino dzieciństwa i dorastania, aż po współczesne wybory i guilty pleasures. Rozmowy mają charakter osobisty, oparty na opowieściach i wspomnieniach.
More Health & Wellness podcasts
Trending Health & Wellness podcasts
About Zwierciadło Podcasty
„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu.
Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.
Podcast websiteListen to Zwierciadło Podcasty, On Purpose with Jay Shetty and many other podcasts from around the world with the radio.net app

Get the free radio.net app
- Stations and podcasts to bookmark
- Stream via Wi-Fi or Bluetooth
- Supports Carplay & Android Auto
- Many other app features
Get the free radio.net app
- Stations and podcasts to bookmark
- Stream via Wi-Fi or Bluetooth
- Supports Carplay & Android Auto
- Many other app features


Zwierciadło Podcasty
Scan code,
download the app,
start listening.
download the app,
start listening.





























